czwartek, 9 marca 2017

15. Tęsknota

Było późne popołudnie, jednak z racji pory roku na zewnątrz panowała już ciemność, a na niebie było widać gwiazdy. Na Wieży Astronomicznej opierając się o barierkę stała młoda dziewczyna i smutnym wzrokiem wpatrywała się w niebo, jakby czegoś stamtąd oczekiwała. Jej ciemne włosy rozwiewał wiatr, tak samo jak jej szaty, których czerwone elementy zdradzały fakt, że dziewczyna jest Gryfonką. Im dłużej wpatrywała się w niebo, tym w jej oczach zaczynało się pojawiać więcej łez, ona jednak nie zwracała na to uwagi. Nie zadała sobie nawet tyle trudu żeby zetrzeć je z policzków, kiedy zaczęły ciec na dobre. Myślała o swojej mamie. Tego właśnie dnia przypadała rocznica jej śmierci. Nico była zdania, że to głupie płakać za kimś kogo nawet się nie pamięta, kogo nigdy nawet się dobrze nie poznało, jednak nie potrafiła tego powstrzymać, szczególnie w ten dzień, kiedy wprost nie mogła powstrzymać myśli o matce. Czy była taka jak wiele razy opisywała jej Nathalie, a jeśli nie to jaka, jakby wyglądało ich życie gdyby żyła, gdyby to ona wychowała Nico, czy mówiłaby do niej Nico, czy wolałaby używać jej pełnego imienia… cała lista podobnych rozważań. Nathalie dobrze się nią opiekowała, była dla Nico jak matka, jednak zawsze gdzieś w pamięci dziewczyny była postać jej prawdziwej matki. Spojrzała jeszcze raz na zdjęcie, które trzymała w ręku. Młoda kobieta z grubym brązowym warkoczem i roześmianymi orzechowymi oczami trzymała na nim maleńkie dziecko, które bujała w ramionach, najwyraźniej chcąc je uśpić. Dziecko z kępką ciemnych włosków na główce co chwilę mrużyło swoje oczka walcząc z sennością.
Nagle poczuła, że ktoś okrywa jej ramiona czymś ciepłym. Było to na tyle niespodziewane, że aż się przestraszyła i niemal upuściła fotografię. Nie słyszała, kiedy ktoś wszedł na górę i podszedł do niej tak blisko. Momentalnie odwróciła się i tożsamość osoby, która okryła ją swoją peleryną zdziwiła ją jeszcze bardziej niż jej niespodziewane pojawienie się. Przed nią stał dość wysoki chłopak, z tego co wiedziała jeden z najwyższych w jego Domu, o intensywnie niebieskich oczach, które były tak wyraziste, że z daleka zwracało się uwagę na te oczy. Wydawało się jakby mógł tymi oczami zajrzeć wgłąb czyjejś duszy. Zrzuciła z siebie pelerynę z zieloną podszewką i podała ją stojącemu za nią chłopakowi:
- Co ty tu robisz Zabini? - warknęła ciągle trzymając w wyciągniętej ręce pelerynę.
- Weź ją. - odparł Ślizgon. - Z tego co widzę stoisz tu od dłuższej chwili, na pewno nieźle zmarzłaś.
Dziewczyna spojrzała na niego uważnie, zastanawiając się dlaczego jest taki dziwnie uprzejmy.
- Daj spokój, zastanawiasz się jak wielką ujmą dla honoru Gryfonki będzie przyjęcie pomocy od złego Ślizgona? - uśmiechnął się ironicznie.
- Po prostu zastanawiam się jaki masz w tym cel, Ślizgoni raczej nie słyną z bezinteresownej pomocy.
- Może po prostu wyglądasz tak żałośnie, że wzbudzasz instynkty opiekuńcze nawet wśród tych niedobrych?
Na te słowa spojrzała na niego z powątpiewaniem i w końcu wcisnęła mu w ręce pelerynę, po czym odwróciła się z powrotem do barierki. Myślała, że da jej spokój, jednak była w błędzie:
- Tak właściwie czemu wypłakujesz sobie tutaj oczy Alder? - zapytał opierając się plecami o barierkę, a twarzą zwracając się w jej stronę.
Przez chwilę nie odpowiadała, jednak widząc, że upierdliwy chłopak cały czas czeka na odpowiedź, mruknęła:
- A znasz jakieś lepsze miejsce? Żeby w spokoju pogapić się na gwiazdy?
- W sumie to znam. - przez chwilę sprawiał wrażenie nieobecnego. - Może kiedyś cię tam zabiorę.
- Zapomnij. - prychnęła kręcąc głową.
- To co tak właściwie cię tu sprowadza? - drążył dalej.
- Wiesz jakoś nie mam ochoty rozmawiać z tobą o moich problemach.
- Gdzieś słyszałem, że czasami lepiej otworzyć się przed obcą osobą niż kimś bliskim.
- Powiedziałabym, że raczej jesteśmy dla siebie wrogami niż obcymi ludźmi. - stwierdziła patrząc na niego z powątpiewaniem.
- Może to się kiedyś zmieni…
- Wątpię. - tym słowem urwała ich rozmowę.
Przez kilka następnych minut panowała cisza, chłopak także odwrócił się w stronę horyzontu i zaczął wpatrywać się w dal.
- Dziś jest rocznica śmierci mojej mamy. - powiedziała w końcu, jednak tak cicho, że prawie jej nie usłyszał.
- Zatem to całkiem normalne, że jesteś tu i myślisz o niej. - odpowiedział Zabini, gdy dotarło do niego jej wyznanie.
- Nie rozumiesz. - pokręciła głową. - Ja jej nawet nie pamiętam.
- Myślisz, że to, że jej nie pamiętasz sprawia, że nie wolno ci opłakiwać jej śmierci? - spytał z niedowierzaniem. - Przecież to była twoja matka i nawet jeśli tego nie pamiętasz to właśnie ona dała ci życie. To całkiem normalne, że żałujesz, że nie miałaś okazji jej poznać, a przynajmniej nie wtedy, kiedy mogłaś cokolwiek zapamiętać. To jej zdjęcie trzymałaś w ręku jak tu przyszedłem?
- Tak. - i nie wiedząc czemu podała mu je. Ślizgon spojrzał na nie, po czym zwrócił wzrok na Nico:
- Podobna jesteś do niej, twarz prawie ta sama. - po czym uśmiechnął się przekornie. -  I jestem pewien, że gdybyś się uśmiechnęła okazałoby się, że masz też jej uśmiech.
- Dlaczego to robisz? - dziewczyna zamiast się uśmiechnąć zmarszczyła brwi i zabrała od niego zdjęcie. - Poważnie Zabini, dlaczego zamiast robić nie wiem co, na przykład to, czym oślizgłe gady zwykle zajmują się w wolnych chwilach, stoisz tu ze mną i sama nie wiem, próbujesz mnie pocieszać? Poprawić mi nastrój?
- Alder, już ci mówiłem. Wyglądałaś tak żałośnie, że zrobiło mi się ciebie żal. Naprawdę, nie doszukuj się w tym drugiego dna. Wy, Gryfoni często zapominacie o tym, że nie tylko wy cenicie sobie przyjaźń.
W tym momencie spojrzała na niego zdziwiona. Czy on jakimś przypadkiem nazwał ją przyjaciółką? Przecież prawie się nie znali. Nie mówiąc już o tym, że z racji ich przynależności do domów byli raczej wrogami. Zabini zauważył jej spojrzenie i parsknął śmiechem:
- Nie Alder, nie jesteś moją przyjaciółką. Może kiedyś… Ale w tej chwili po prostu miałem rzadką chwilę, w której chciałem komuś pomóc. To wszystko.
- Wiesz...w sumie… - spojrzała znowu w stronę nieba nie mogąc powiedzieć tego, co chciała powiedzieć patrząc mu w oczy. - Wiesz w sumie to… dziękuję. Nie wiem jak to zrobiłeś, ale poczułam się lepiej. - skończywszy swoją wypowiedź odwróciła się w jego stronę, jednak w miejscu, gdzie stał jeszcze przed chwilą nie było nikogo. Rozejrzała się po pomieszczeniu, ale nigdzie go nie było. Poszedł sobie, nie była nawet pewna czy słyszał jej podziękowania. W końcu stwierdziła, że może to i lepiej. Aż głupio, że powiedziała tyle o sobie Ślizgonowi. Może i nie był taki jak Parkinson i jego paczka, ale mimo wszystko nigdy nie uważała go za osobę godną zaufania. Zabini zawsze trzymał się nieco z boku, podejrzewała, że tak naprawdę mało kto miał okazję dobrze go poznać. Nico wiedziała o nim tylko tyle, że był dobry z eliksirów, prawie tak samo jak ona i że miał też całkiem dobre oceny z zielarstwa, które tak samo jak eliksiry Gryfoni mieli razem ze Ślizgonami. I to wszystko. Naprawdę nie miała pojęcia, dlaczego nagle wpadł na pomysł, żeby z nią porozmawiać w chwili jej załamania.



W tym samym czasie pewna trójka Puchonów skwapliwie pracowała przy gabinecie Filcha. Dzięki Mapie Huncwotów wiedzieli, że stary charłak patroluje akurat zupełnie inną część zamku, dzięki czemu mieli okazję zrobić mu kawał. Wspólnie doszli do wniosku, że ostatnio już dość podpadli Snapowi, więc teraz kolej na woźnego. Jedna Alohomora rzucona przez Danny’ego i zakluczone przez Filcha drzwi stanęły przed nimi otworem. Teddy cały czas kątem oka zerkał na mapę, wiedzieli, że dzięki znajomości tajnych przejść woźny może pojawić się w dosłownie każdej chwili.
- To co, malujemy mu ściany? - zaproponował Chris. - Delikatny róż, czy może zgniła zieleń?
- Ja myślę, że powinniśmy zacząć od sprawdzenia co stary Filch trzyma w biurku… - stwierdził Withers.
Obaj jego przyjaciele posłali mu oburzone spojrzenia. Nie przywykli do tego, żeby grzebać w cudzych rzeczach.
- Nie pamiętasz przypadkiem skąd bliźniacy Weasley wzięli tą mapę? - Danny zwrócił się do Teda. - Kto wie, co ten stary piernik jeszcze tu trzyma.
Lupin zamyślił się na chwilę. Jego przyjaciel z pewnością miał rację, że warto byłoby zobaczyć co znajduje się w biurku. Jednak… chociaż w sumie te rzeczy zapewne nawet nie należały do Filcha, tylko do uczniów, którym je skonfiskował… Może jednak tam zajrzeć…
- No dobra, ale szybko. - stwierdził w końcu spoglądając z niepokojem na mapę. - Wiesz, że może tu wejść praktycznie w każdej chwili.
Cała trójka podeszła do biurka i zaczęli ostrożnie przeglądać zgromadzone tam rzeczy, tak żeby nie było widać, że ktoś tam zaglądał. Teddy co chwilę zerkał na mapę. Znaleźli całe mnóstwo ulotek, broszurek kursów magii, chyba Filch cały czas próbował poprawić swoje czary. Poza tym cały zapas kociej karmy, widocznie nie ufał skrzatom na tyle, żeby karmiły jego kota. W końcu Lupin natknął się na coś interesującego…
- Czy to… - zaczął Johnson.
- Lusterka dwukierunkowe. - powiedział metamorfomag.
- Ale numer. - Withers wziął jedno z lusterek od Lupina. I już po chwili udało im się ze sobą skontaktować przez nie. - Zatrzymamy je co?
- Nie powinniśmy… - Ted miał wyrzuty sumienia.
- I tak, i tak na pewno skonfiskował je komuś. - tym razem decyzję podjął Chris. - Bierzemy je.
Teddy doszedł do wniosku, że nie ma co się kłócić, i tak został przegłosowany. A zresztą rozumowanie jego przyjaciół nie było takie złe. W końcu skoro zabrali coś co Filch zabrał komuś innemu, to raczej nie była kradzież, prawda? Schował lusterka do torby i zabrali się za odświeżenie wystroju gabinetu woźnego.

poniedziałek, 2 maja 2016

14. Hogsmeade


Z okazji urodzin Victoire, no i rocznicy Bitwy o Hogwart postanowiłam, że w końcu czas umieścić tu ten rozdział. Pisał się długo ( i naprawdę w różnych okolicznościach), ale sam w sobie jest długi, chyba najdłuższy jaki napisałam. Także miłego czytania ;)
Ola – Jak zwykle dzięki za komentarz, mam nadzieję, że jeszcze tu wchodzisz i zobaczysz ten długaśny (jak na mnie) rozdział.



W sobotni poranek Victoire obudziła się w świetnym nastroju. Tego dnia było wyjście do Hogsmeade, a pogoda panująca za oknem była dokładnie taka, jaką lubiła, a przynajmniej jaką lubiła podczas zimy. Zdecydowanie wolała cieplejsze temperatury. Ale nie ma co gardzić – na czystym niebie jasno świeciło ostre, zimowe słońce, a śnieg wciąż błyszczał na błoniach. Pomyślała, że może uda się w drodze powrotnej zorganizować jakąś bitwę na śnieżki. Rozejrzała się po dormitorium. Jej współlokatorki jeszcze spały. Nico jak zwykle zwaliła kołdrę pod łóżko, tej to zawsze było gorąco. Z kolei Sarah spała otulona po czubek głowy nie tylko kołdrą, ale także grubym kocem. Ciekawe która godzina. Starając się być jak najciszej, żeby nikogo nie obudzić Weasley sięgnęła do szuflady w szafce obok łóżka. Stamtąd wyjęła stary zegarek taty, który dostał na siedemnaste urodziny od rodziców. Przekazał go jej, gdy po raz pierwszy jechała do Hogwartu, żeby przypominał jej o rodzicach i domu, jak sam z uśmiechem powiedział. Często go nosiła, chociaż z czasem zmieniło się nieco jego główne przeznaczenie. Na początku faktycznie, kiedy trudno było jej się przyzwyczaić do tego, że jest tyle poza domem, dodawał jej otuchy. Obecnie jednak jego główną funkcją była ta pierwotna, czyli po prostu wskazywanie godziny.
Było trochę przed ósmą. Za chwilę pewnie wszyscy zaczną budzić się i szykować na śniadanie. Wstała i na palcach podeszła do szafy, skąd wyjęła swoje ubrania i poszła do łazienki się ubrać. Przynajmniej później uniknie kolejki.
Kiedy wyszła, w dormitorium nadal panował sen, dlatego postanowiła zejść już do Pokoju Wspólnego. Może znajdzie tam kogoś, kto tak samo jak ona już nie śpi. Wcale się nie zdziwiła, gdy okazało się, że osobą która także już nie śpi jest jej siostra. Ich mama również lubiła wcześnie wstawać, wówczas najczęściej „przypadkiem” budziła też całą resztę rodziny.
Dominique siedziała wtulona w róg kanapy i czytała książkę. Była na niej tak bardzo skupiona, że nawet nie usłyszała wejścia siostry.
- Cześć Minnie. - starsza siostra użyła przezwiska siostry z czasów dzieciństwa, którego ta szczerze nie znosiła.
- Hej Vic. - odparła tamta i zdjęła nogi z kanapy, by zrobić miejsce dla Victoire. - Też nie możesz spać?
- Obudziłam się skoro świt i już nie chciało mi się spać, a Ty? Z tego co widzę dłużej tu siedzisz.
- Nie aż tak. Kwestia kwadransa.
- Co czytasz? - blondynka spojrzała zaciekawiona na książkę rudej. Było to „Zielarstwo dla opornych”. - No tak, mogłam się domyślić.
- No co? Jak tak dalej pójdzie to martwię się, że obleję u wujka Neville'a. Trochę głupio, nie sądzisz?
- Spokojnie, akurat on jest bardzo wyrozumiały, mało kto u niego nie zdaje.
- No właśnie...wyobrażasz sobie? Rodzice chyba by mnie z domu wyrzucili.
- Coś ty. - roześmiała się Victoire i potargała młodszą siostrę po włosach, na co ta zareagowała z piskiem i rzuciła się do jej włosów. Tak wywiązała się mała bójka.
- Idziesz dziś do Hogsmeade?- zapytała Dominique, kiedy się już uspokoiły.
- Tak, umówiłyśmy się z Nico, że pójdziemy do Magicznych Dowcipów. Dawno tam nie byłam.
- Czyżbyś stęskniła się za wujkiem Georgem?- zażartowała młodsza siostra.
- Jak byliśmy w ich sklepie na Pokątnej, to wujek Ron opowiadał o jakimś nowym pomyśle i jestem ciekawa, czy go zrealizowali.
- Mogę iść z wami?
- Jasne, że tak, nie musisz pytać. A twoi znajomi nie idą?
Dominique przewróciła oczami:
- Nie mogę raz na jakiś czas spędzić dnia z siostrą?
- Bardzo mi miło i w ogóle, po prostu wiesz zwykle wolisz chodzić swoimi drogami.
- Andy ma szlaban z Filchem, a z Marco się pokłóciłam.
- Poważnie? Heeej, na pewno się pogodzicie.- Vicki przytuliła młodszą siostrę. - A tak w ogóle to o co poszło?
- O quidditcha.
- Co? - Victoire naprawdę się zdziwiła.
- No bo on kibicuje Osom z Wimbourne. No i wczoraj grali ze Strzałami z Appleby, no i jakoś tak wyszło...
Starsza Weasley niemal parsknęła śmiechem. - Też sobie powód znaleźliście...Na pewno niedługo się pogodzicie. Ale pamiętaj jakby co zawsze możesz na mnie liczyć.
- Za dużo nie pomogłaś. - mruknęła jej siostra.
W tym momencie w Pokoju Wspólnym pojawił się przedmiot ich rozmowy, czyli dwaj najlepsi przyjaciele Dominique – Andrew O'Brian oraz Marco Rossi.
Cechą charakterystyczną Andy'ego był ciągły uśmiech na twarzy, ukazujący nieco krzywe zęby. Domi od pewnego czasu próbowała namówić go na wizytę u rodziców ciotki Hemiony, ale jak dotąd bezskutecznie. Poza tym chłopak mógł uchodzić za jednego z Weasleyów – rude włosy, masa piegów, a do tego wiecznie zaciekawione brązowe oczy.
Marco pochodził z Włoch, o czym świadczył choćby jego wyraźny włoski akcent. Miał kruczoczarne włosy i czarne oczy, chyba jeszcze ciemniejsze niż Nico. Zwykle też uśmiechnięty, pogodny i nie robiący problemów z byle czego, dlatego Vicki bardzo się zdziwiła, gdy wszedł do salonu Gryfonów z poważną, wręcz nieco obrażoną miną i próbował udawać, że nie widzi swojej przyjaciółki. Dominique tak samo starała się go ignorować. Cała ta scena wydała się starszej Weasley całkiem zabawna.
- Hej O'Brian! Za co dostałeś ten szlaban? - zawołała do Andy'ego.
- Powiedzmy, że pewnych rzeczy się nie mówi, gdy nie jesteśmy pewni, czy nauczyciel jest w sali. - chłopak podszedł do nich. - A tak w ogóle to cześć dziewczyny.
- Cześć. - odparły w tym samym momencie, po czym się roześmiały.
- To kogo tak obraziłeś? - dopytała Victoire.
- Flitwicka. No chyba miałem prawo go nie zauważyć, nie?
Nawet Marco, który także do nich podszedł jednak nadal nie zwracał uwagi na młodszą Weasley, parsknął śmiechem.
- Mimo wszystko mam wrażenie, że takie coś to tylko tobie mogło się przydarzyć. - rzekł.
- Przypomina mi to historie wujka George'a o wybrykach jego i Freda.- stwierdziła Victoire. - Tylko, że oni chyba pomylili Snape'a ze ścianą w lochach. No wiecie ciemno było i wtopił się w tło.
- A tak słynni bliźniacy. - Andy podrapał się po głowie. - Ci to dopiero potrafili robić kawały. Póki co chyba nikt ich nie przebił.
Coraz więcej osób schodziło do Pokoju Wspólnego i czekało tam na guzdrających się przyjaciół lub szło od razu do Wielkiej Sali. Victoire zerknęła na zegarek:
- Wiecie co, chyba muszę iść obudzić Alder bo znowu zaśpi na śniadanie. Widzimy się na śniadaniu?
- Okej.- potaknęła jej siostra i razem z chłopakami skierowała się ku wyjściu z Pokoju Wspólnego. Oczywiście ona i Rossi nadal się ignorowali, jednak O'Brian mówił za ich oboje.

- Nico wstawaj! Tym razem nie spakuję ci kanapek na wynos!
- Idź sobie...- Alder przewróciła się na drugi bok i jeszcze bardziej wtuliła się w poduszkę. - Jak byś spędziła cały wieczór ze Snapem to też byś miała wszystkiego dość...
- Tak, tak, doskonale cię rozumiem i nie masz nawet pojęcia jak bardzo ci współczuję, ale rusz w końcu cztery litery i chodź na śniadanie.
W końcu dotarły do Wielkiej Sali o takiej porze, o której część uczniów była po śniadaniu i raczej wychodzili stamtąd niż tam wchodzili. Stół Gryfonów powoli pustoszał, jednak na jednym końcu czekała na nie Dominique z dwoma talerzami zapełnionymi tostami i jajecznicą.
- Tak myślałam, że się spóźnicie.
- Zupełnie nie rozumiem dlaczego nawet w weekendy musimy tak wcześnie wstawać. - marudziła Nico.
- Nie musisz przecież. - odparła Victoire. - Nie musisz przecież jeść śniadania, zresztą zawsze możesz poprosić skrzaty o jakąś przekąskę. Z tego co wiem to zawsze chętnie pomogą.
- Dobraa, zajmij się lepiej swoim talerzem. - ucięła Alder biorąc się za tosta. - A w ogóle to dzięki Dom.
Po śniadaniu poszły tylko do dormitoriów po kilka drobiazgów i udały się do Hogsmeade. Tak jak planowała Victoire, odwiedziły Magiczne Dowcipy Weasleyów. Była to filia placówki na Pokątnej, a znajdowała się w miejscu dawnego Sklepu Zonka, którego po wojnie właściciel już nie otworzył, a kilka lat później sprzedał lokal Weasleyom. Tam zachwycały się nowym wynalazkiem braci Weasleyów – Wizphonem. Był to przedmiot wzorowany na mugolskich telefonach komórkowych.
- Pomysł podsunął nam Harry. - tłumaczył im z ożywieniem George, który znalazł chwilę żeby zaprosić je na herbatę na zapleczu. - Jak wiecie uczniowie, nawet ci pochodzący z rodzin mugolskich nie używają w Hogwarcie telefonów komórkowych, a to dlatego, że na terenie szkoły żadne mugolskie urządzenia elektroniczne nie działają. Oczywiście jest to spowodowane zabezpieczeniami Hogwartu przed mugolami, jednak w dobie, w której mugole kontaktują się między sobą niemal cały czas to trochę niesprawiedliwe, żeby czarodzieje nie mogli sobie pozwolić na ten komfort i ciągle polegali na sowach. Dlatego właśnie postanowiliśmy dowiedzieć się, czy dałoby się coś zrobić w tej sprawie. Po wielu mniej lub bardziej udanych eksperymentach udało nam się zastąpić mugolską elektryczność magią i śmiało można powiedzieć, że w wielu punktach nasz produkt jest lepszy od pierwowzoru. Nie trzeba ich ładować, raz na jakiś czas tylko trzeba przyjść do naszej siedziby, żeby powtórzyć zaklęcie na nie rzucone, nie potrzebują także czegoś takiego jak zasięg, żeby móc się przez nie kontaktować, no i zero płatności za połączenia i przesyłanie wiadomości. Jak już kupisz Wizphone'a to cała reszta jest za free. Zasadniczym minusem jest fakt, że są pozbawione wielu funkcji swoich mugolskich odpowiedników. Obstawiamy, że na początku naszym wynalazkiem będą zainteresowani szczególnie uczniowie, zwłaszcza ci z mugolskich rodzin, ale mamy nadzieję, że później i resztę czarodziejów zainteresuje ten sposób szybkiego kontaktowania się.
- Genialne.- Victoire od samego początku była bardzo zainteresowana tym pomysłem. Po dziadku odziedziczyła ciekawość co do działania mugolskich przedmiotów. - Ale wydaje mi się, że ten minus, o którym mówiłeś wujku w przypadku czarodziejów jest niemal plusem. To urządzenie na pewno będzie dla nich prostsze w obsłudze i szybciej się nauczą z niego korzyściach, później możecie robić po prostu nowe wersje z większą ilością funkcji.
- Nie zastanawiałaś się może co chcesz robić po Hogwarcie? - zapytał George. - Coś mi się wydaje, że przydałabyś się nam tutaj.
- Coś ty wujku. -jego bratanica nieco się zarumieniła. - Tak tylko pomyślałam.
- I to jest doskonały pomysł. A wy dziewczyny co myślicie? - zwrócił się do Nico i Domi.
- Myślę, że może jak ktoś mi powie co znaczy telefon kontaktowy i elektryczność to dowiem się o czym mówicie. - odparła Alder.
- Komórkowy. - odruchowo poprawiła ją Victoire. - Później ci wyjaśnię.
- Chyba wiem już co chcę na urodziny. - zaśmiała się młodsza Weasley.- Coś mi się wydaje, że już całkiem niedługo każdy czarodziej będzie chciał mieć coś takiego.
Posiedzieli jeszcze chwilę, pijąc herbatę, co do której Vicki miała pewne wątpliwości, znając dowcipną naturę wujka, jednak okazała się bardzo smaczna. Wkrótce przyszedł czas się pożegnać, George musiał wracać do pracy, a dziewczyny miały jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia.
Następnie poszły do Miodowego Królestwa, gdzie Dominique kupiła cały zapas czekoladowych żab. Dziewczyna od zawsze miała słabość do czekolady.
Właśnie przechodziły obok Wrzeszczącej Chaty, kiedy zza pleców usłyszały nieprzyjemny głos:
- No proszę Alder, Weasley oraz Weasley. - Vincent Parkinson, a zaraz za nim jego banda. Każdy z nich raczej nie należał do najszczuplejszych, taka czwórka tępych osiłków. Można powiedzieć, że byli godnymi następcami Malfoya i jego świty, a zresztą część z nich była nawet spokrewniona z nimi. - Tych Weasleyów robi się stanowczo za dużo w tej uroczej szkole.
W odpowiedzi jego kumple zanieśli się śmiechem, jakby powiedział bardzo śmieszny żart.
- Daj spokój Parkinson. - odparła spokojnie Victoire. - Nudzi ci się? Jeśli tak to może mógłbyś zająć się czymś pożytecznym? Hmm...chociażby nauką z eliksirów. Coś mi się wydaje, że niedługo nawet Snape przejrzy na oczy i przestanie ci pobłażać.
- Ty... - chłopak zmrużył swoje bardziej szare niż zielone oczy.
- Co chcesz powiedzieć? Szlamo? Dobrze wiesz, że nią nie jestem. Zdrajca krwi? Dobrze wiesz, że w uszach mojej rodziny to raczej komplement niż obelga.
- Poza tym nie czujesz, że jesteś trochę osamotniony w swoich poglądach? - dodała Nico. - Weasleyowie od czasów drugiej wojny czarodziejów są znani i szanowani w całym czarodziejskim świecie. Nie mówiąc o tym, że mają w swojej rodzinie samego Harry'ego Pottera. Kim w porównaniu do nich jesteś ty?
Twarz Ślizgona nabrała tak czerwonej barwy, że mogłaby spokojnie wtopić się w godło Gryfonów. Jego goryle także mieli wybitnie głupie miny, jakby zupełnie nie rozumieli o co chodzi. W sumie to takie miny gościły na ich twarzach dość często. W końcu oczywiście, a jakżeby inaczej, cała czwórka chłopaków wyciągnęła różdżki.
- No tak, zachowanie takie typowe dla Ślizgonów. - szydziła dalej Alder. - Z różdżkami i przewagą liczebną na trzy bezbronne dziewczyny.
- Nie takie znowu bezbronne.- mruknęła Victoire i jakby od niechcenia wyciągnęła swoją różdżkę, jednocześnie drugą ręką chowając siostrę za siebie.
- Jakie to gryfońskie chować się za plecami starszej siostry. - skomentował Parkinson. - Czyżby mała Weasley była tchórzem?
- Wcale nie! - Dominique odezwała się po raz pierwszy. Ze złością wyjęła różdżkę i błyskawicznie rzuciła w stronę starszego chłopaka zaklęcie, które jednak nie trafiło w cel, a w jednego z jego przybocznych, którego skóra momentalnie zrobiła się zielona.
- Aleś ty groźna. - zaśmiał się Vincent i rzucił zaklęcie. Wówczas Victoire popchnęła siostrę na ziemię, a Nico w międzyczasie wymierzyła kolejną klątwę. Ta trafiła w cel. Nos Parkinsona zaczął się wydłużać jak u Pinokia. Teraz do akcji weszli jego kumple. Zaklęcia śmigały to w jedną, to w drugą stronę. Jeden z Domu Węża miał uszy słonia, kolejny zmagał się z wyskakującymi mu na ciele bąblami, trzeciego atakował rój pszczół, a czwarty już dawno zniknął w pobliskich zaroślach. Parkinson poza długim nosem oberwał jeszcze zaklęciem na porost włosów, przez co był cały w nie zaplątany. Dziewczynom także nie udało się uniknąć wszystkich klątw. Nico, trafiona zaklęciem żądlącym, była cała zapuchnięta. Dominique pluła żabami, zaś Victoire, w porywie złości za uszkodzenie młodszej siostry, próbowała iście po mugolsku rzucić się na Vincenta, jednak ten w ostatniej chwili się odsunął i dziewczyna przeleciała przez ogrodzenie wokół Wrzeszczącej Chaty, po czym wylądowała na śniegu z głośnym hukiem.
- Nie wiedziałem, że na mnie lecisz Weasley.- zaśmiał się szyderczo Parkinson.- W sumie gdyby nie twoje...
- A ja sądziłem, że atakowanie dziewczyn, na dodatek młodszych dziewczyn jest czymś czego nie robią nawet Ślizgoni. - w tym momencie przerwał mu Teddy Lupin, który niezauważony podszedł do nich od strony Wrzeszczącej Chaty.- Widocznie miałem o was zbyt dobre zdanie.
- Nie wtrącaj się Lupin, to nie twoja sprawa. - warknął Ślizgon.
- Owszem, moja. - odparł Puchon.- Wiesz dom Borsuka i ta cała gadka o uczciwości, lojalności, pomocy i takie tam. To jak Parkinson zabierzesz kolegów i pójdziesz stąd, czy ci pomóc?
- A co mi może zrobić taki Puchonik jak ty? - szydził Ślizgon.- Wszyscy wiedzą, że Pucholandii są sami nieudacznicy, których żaden inny dom nie chciał.
- Szczerze to akurat rzeczą, o której wszyscy wiedzą, to fakt, że największymi przygłupami Hogwartu są Ślizgoni. - wtrąciła Victoire, próbując podnieść się z ziemi. - Wystarczy spojrzeć na waszą grupkę.
- Ty...
- Co, znowu ci słów zabrakło? Polecam zajrzeć do słownika mugoli, oni mają całą listę ciekawych określeń. A zapomniałam, przecież nie wiesz czym jest słownik.
- Dobra Parkinson daj sobie spokój i odejdź. - Teddy starał się brzmieć spokojnie, jednak ostatnia wypowiedź Weasley sprawiła, że trudno było mu powstrzymywać się od śmiechu. - Chyba nie chcesz kłopotów?
- Kłopoty to ty zaraz będziesz miał! - Vincent uniósł różdżkę i wycelował w Teda.
- Właściwie to wszyscy już macie kłopoty. - rozległ się chłodny głos za jego plecami. - Nie wiecie, że pojedynki są surowo zabronione?
Ani Parkinson, ani jego świta nie wyglądali na zbytnio przejętych widokiem opiekuna swojego domu. Uznali, że jak zwykle im się upiecze i przy okazji pośmieją się jeszcze z Gryfonów, którym zapewne się oberwie. Właściwie to cieszyli się, że nie była to McGonagall lub Holmes.
- Ale panie profesorze oni...- zaczęła tłumaczyć Victoire.
- Panno Weasley, może pani sobie darować tłumaczenia. - przerwał jej Snape. -Nie muszę ich słuchać, żeby wiedzieć co się stało. Minus dwadzieścia punktów za każdego z was i szlaban w najbliższy piątek.
Ślizgoni nie mogli powstrzymać uśmieszków na widok min Gryfonek i Puchona.
- To nie fair panie profesorze, to oni zaczęli. - teraz próbowała wytłumaczyć całą sytuację Nico. - My właśnie wracałyśmy do Hogwartu, kiedy oni nas zaczepili, a Teddy chciał tylko nam pomóc.
Snape spojrzał na nią z namysłem, po czym machnął ręką, dając jej znak żeby skończyła mówić i uściślił swoją poprzednią wypowiedź:
- Parkinson, Flint, Higgs i Merwyn was też się to tyczy. - potem rzucił na nich kilka zaklęć, które cofnęły wszystkie skutki ich uroków. Panie Lupin niech pan pomoże wstać pannie Weasley i odprowadzi ją do Skrzydła Szpitalnego. Widać zamiłowanie Weasleyów do mugoli przenosi się już na ich metody pojedynkowania się. Radziłbym jednak używać tych czarodziejskich, są skuteczniejsze. Oczywiście w razie potrzeby, a nie w trakcie głupiej sprzeczki między domami. - i odszedł powiewając swoimi wiecznie czarnymi szatami.

- Co to właśnie było? - wyraziła swoje zdziwienie Dominique, kiedy Ślizgoni sobie poszli. - Snape odejmujący punkty swojemu domowi? Tego chyba jeszcze nie było.
- Wątpię, czy jest dużo osób, które mogą się szczycić tym, że widziały taką sytuację. - odparła Victoire wspierając się na Teddym, który właśnie pomógł jej wstać. - Cholera, chyba skręciłam kostkę.
- Czekaj mam lepszy pomysł. - stwierdził Teddy po przejściu kilku kroków i wziął ją na ręce.
- Co ty robisz? Postaw mnie na ziemię. - Weasley wolała iść o własnych siłach.- Nie będziesz mnie niósł aż do Hogwartu, za ciężka jestem.
- Nie przesadzaj Weasley, jesteś leciutka jak piórko. - zaśmiał się Puchon. - Zresztą tak szybciej dotrzemy do Skrzydła Szpitalnego.
- Wiesz Vicki, z jednym Snape miał rację. - stwierdziła Nico. - Następnym razem nie rzucaj się na nikogo z pięściami okej?
- Ee tam, mimo wszystko warto było. Chociażby dla jego zszokowanej miny, że próbowałam go uderzyć.
W Skrzydle Szpitalnym faktycznie okazało się, że Victoire ma skręconą kostkę. Pani Pomfrey wyleczyła ją w kilka minut.
- Nie rozumiem czemu profesor Snape nie mógł jej naprawić, skoro wszystkich wyleczył.- stwierdziła Gryfonka.
- Prawdę mówiąc to o ile profesor Snape bardzo dobrze sobie radzi przy cofaniu klątw i uroków to z leczeniem wszelkich urazów jest nieco gorzej. - wyjaśniła pani Pomfrey. - No, już zrobione, wszystko w porządku, tylko proszę do jutra oszczędzać nogę.
- Oczywiście, dziękuję. - odpowiedziała dziewczyna i wyszła ze Skrzydła Szpitalnego już o własnych nogach.




czwartek, 15 października 2015

13. Ślady na śniegu

 To była wyjątkowo mroźna noc, a śnieg, będący pozostałością po śnieżycy z poprzedniego dnia, ciągle zalegał na błoniach. Jednak w Zakazanym Lesie biały puch, przez liczne, oszronione gałęzie, miał małe szanse na przedostanie się do ziemi. W całym lesie panowała przenikliwa cisza, jakby czas się zatrzymał. Co jakiś czas tylko rozlegało się pohukiwanie jakiejś zagubionej sowy. Nagle w ten spokój i harmonię jakie tam panowały wdarło się uczucie na kształt niepokoju, jakby coś za chwilę miało się stać. I faktycznie po chwili coś wyłoniło się z ciemności. Było to całkiem duże, jednak poruszało się bezszelestnie, błysnęły tylko niebieskie oczy i stwór pognał dalej, przemierzając las w sposób wskazujący na to, że zna go bardzo dobrze i jakby nie przeszkadzało mu ani przenikliwe zimno, ani wszystko ogarniające ciemności. Właściwie mogłoby się wydawać że ta samotna wędrówka sprawia mu wiele radości. Wtem rozległ się łoskot, a zaraz po nim przeraźliwy pisk, przypominający odgłos wydawany przez rannego psa. Biedne stworzenie przebiegając przez zamarznięty strumyk, poślizgnęło się i mocno uderzyło w rosnące tuż obok drzewo. Wstało dopiero po chwili i nieco kulejąc na przednią łapę zaczęło kierować się w stronę powrotną. W końcu dotarło na skraj lasu, gdzie księżyc w pełni jasno oświetlał błonia Hogwartu. Stamtąd już nie miało daleko, ruszyło więc przez śnieg, zostawiając za sobą ślady łap.



- Lupi, nie sądzisz, że czas najwyższy wstawać?- Withers od dłuższej chwili potrząsał swoim przyjacielem, chcąc go obudzić.
- Mam lepszy pomysł.- stwierdził w końcu Johnson.- Aquamenti!
Skutek był natychmiastowy. Teddy z wrzaskiem poderwał się z łóżka.
- Porąbało was już do reszty?
- Chyba ciebie.- mruknął bez cienia skruchy sprawca wrzasku.- Właśnie wróciliśmy ze śniadania a ty nadal kimasz. Chcieliśmy tak tylko ci przypomnieć, że dziś jest środa. A pamiętasz może jeszcze jaką masz pierwszą lekcję w środę?
- A jak dobrze wiesz my już mamy całotygodniowy szlaban u naszego kochanego profesora...- dodał Danny.- Chciałbyś do nas dołączyć?
- Na skarpety Merlina, czemu nie obudziliście mnie wcześniej?- Lupin czym prędzej pognał się ogarnąć.

Ostatecznie i tak, i tak na eliksirach znalazł się o pięć minut za późno. Wszedł do sali i napotkawszy niezbyt przyjazne spojrzenie nauczyciela, spróbował przeprosić za swoje spóźnienie, jednak w odpowiedzi na to otrzymał tylko kolejne nieprzyjemne spojrzenie, piętnaście punktów od Hufflepuffu i kiwnięcie głową, że ma przestać zakłócać lekcję i w końcu zająć się swoim kociołkiem. Akurat zajmowali się tworzeniem Eliksiru Wiggenowego. Nieco jeszcze zaspanym wzrokiem przeczytał instrukcje i uważając by nie nadwyrężyć ręki, zabrał się do działania. Trochę tego, trochę tego...zamieszać...jeszcze tego...Nie mógł tylko zrozumieć czemu po dwóch godzinach pracy i dodaniu wszystkich składników, eliksir zamiast być zielony stał się nagle przezroczysty.
- Lupin możesz wytłumaczyć mi co to jest? Bo na Eliksir Wiggenowy mi to nie wygląda.- rozległ się za nim złowrogi jak zwykle głos nauczyciela.
- Yyy...
- No umiejętności wysławiania się po matce to ty raczej nie odziedziczyłeś! Za to mam wrażenie, że masz coś z ojca...- Snape spojrzał na niego badawczo, po czym wyjął różdżkę i cały eliksir z kociołka wyparował.- Kolejne minus piętnaście punktów. Możesz już iść Lupin.
- Ale...- mordercze spojrzenie profesora zatrzymało go w pół słowa.- Do widzenia panie profesorze.

- Cześć!- wychodząc z sali wpadł na zupełnie niespodziewaną w tym miejscu i o tej porze osobę.
- Co ty tu robisz Weasley?
- Czekam na ciebie.- dziewczyna wyjęła z torby paczuszkę i mu podała.- Widziałam, że nie było cię na śniadaniu, a że na pewno Johnson i Withers o tym nie pomyśleli, to doszłam do wniosku, że przyda ci się coś do zjedzenia między lekcjami.
- Ranyy...dzięki.- chłopaka zamurowało.
- Chyba jednak mam coś z babci.- zaśmiała się nieco zażenowana Victoire.
- Twoja babcia jest super.- głodny Teddy zaraz zabrał się za jedzenie.- A tak właściwie czemu nie jesteś na lekcjach?
- Okienko. Za pół godziny mam zaklęcia. A ty co masz następne?
- Transmutację. Ale jeszcze jakaś godzina, Snape wywalił mnie z lekcji...To ja cię odprowadzę.- właśnie chciał ugryźć kanapkę, gdy Gryfonka złapała go za nadgarstek.
- Co ci się stało?- podciągnęła rękaw nieco dalej, ukazując posiniaczoną rękę aż po łokieć.
- Nic poważnego, mały wypadek.- chłopak wyrwał jej swoją rękę nieco zbyt gwałtownie i próbował zamaskować to uśmiechem.
- Jesteś pewien?- dziewczyna obdarzyła go poważnym spojrzeniem, jakby niezbyt mu uwierzyła.- Może powinieneś pójść z tym do Pomfrey?
- Coś ty, to tylko siniaki. Chodź lepiej bo jeszcze się spóźnisz na te zaklęcia i będzie na mnie.


Nieco później Nico zmierzała na szlaban do tegoż sympatycznego profesora, z którym Teddy miał rano lekcję. W sumie to nie było aż tak źle, bo gdy jej „koledzy” szorowali najbardziej zabrudzone kociołki, jakie znalazł Snape, a podejrzewała, że naprawdę się z tym postarał, ona przepisywała jakieś stare notatki odnośnie eliksirów.
Tym razem nie było inaczej, usiadła w ławce i zabrała się za pisanie. Mogłoby się to wydawać nudną i żmudną pracą, jednak lubiła eliksiry i z pewną ciekawością czytała te papiery. W tym samym czasie Johnson i Withers w drugim końcu pomieszczenia męczyli się z kociołkami, a Snape zabrał się za ważenie jakiegoś eliksiru. Alder kątem oka próbowała wychwycić co to za eliksir, ale nie udało jej się. A była bardzo ciekawa, sama myślała o tym, żeby w przyszłości zajmować się eliksirami. Bardzo lubiła ten przedmiot, chociaż oczywiście jeszcze lepiej by było, gdyby nauczał go inny profesor albo po prostu obecny nagle zrobił się milszy. Co rzecz jasna było tak samo prawdopodobne jak to, że Armaty z Chudley wygrają Ligę Quidditcha.
- Alder weź się do pracy lepiej, zamiast wodzić wokół nieprzytomnym wzrokiem.- Snape oderwał ją od rozmyślań.- Muszę iść na zaplecze po pewien składnik, ktoś w tym czasie musi cały czas mieszać eliksir w ruchu przeciwnym do wskazówek zegara, dasz radę Adler czy przerasta to twoje umiejętności?
Nic nie mówiąc podeszła do kociołka i zaczęła mieszać, w miarę mieszania wywar zmieniał kolor z czerwonego na złoty. Skoncentrowała na tym całą swoją uwagę, nie mogłaby sobie wyobrazić co by się stało gdyby to zepsuła. Chyba szlaban do końca życia.
- Alder chyba przeceniłem twoje kompetencje.- wielu uczniów zastanawiało się jakim cudem opiekun Slytherinu potrafi poruszać się tak cicho. Pokazał jej włos.- Prawie wpadł do kociołka, złapałem go w ostatniej chwili.
- Prze...
- Wracaj do swojej pracy Alder, nie potrzebuję tu już twojej pomocy, mam wszystkie składniki.
- Dobrze panie profesorze.

Reszta szlabanu upłynęła zwyczajnie. Raz tylko od papierów oderwał ją łoskot spadającego kociołka, co kosztowało Hufflepuff kolejne dziesięć punktów. W końcu szlaban się skończył i mogli iść do swoich dormitoriów. Ostatnie co zobaczyła zanim zamknęła za sobą drzwi to zmiana barwy eliksiru ważonego przez Snape'a na zieloną.

_________________

Po długim czasie jest :) 

środa, 17 czerwca 2015

12. Pechowy dzień Nico

Nico obudził potworny ból głowy. Już dawno tak źle się nie czuła, chyba od imprezy z okazji zdania SUMów. Nie była w stanie nawet otworzyć oczu. Po dłuższej chwili i dużym wysiłku w końcu to zrobiła. Powoli- najpierw jedno, potem drugie.
Moment...gdzie ja jestem?- zaczęła się zastanawiać, gdy nie ujrzała nad sobą znajomego widoku. Próbowała się podnieść z miejsca jednak coś ją powstrzymało. Dopiero wtedy zorientowała się, że nie spała sama. Spojrzała na obejmującą ją rękę i rudą czuprynę chłopaka śpiącego obok. Wtedy wspomnienia do niej wróciły, a przynajmniej ich część...
- Johnson!- wydarła się. Biedaczysko tak się przestraszył, że z hukiem wylądował na podłodze.
- Ciii!- zmrużył oczy i złapał się za głowę. Chyba też nie czuł się za dobrze.- Rany Alder, musisz się tak drzeć w środku nocy?
- Możesz mi powiedzieć co tu robisz?
- Wczoraj byłaś milsza...- narzekał, a po chwili uśmiechnął się wrednie.- Czyżbyś nie pamiętała wydarzeń z ostatniej nocy?
- Czy...czy my...?
- Nie przypominam sobie. - teraz pokazał w uśmiechu całe uzębienie.- A podejrzewam, że czegoś takiego bym nie zapomniał.
- Johnson, idioto!- rzuciła w niego poduszką, po czym powoli wstała z kanapy i rozejrzała się. Okazało się, że znajdowali się w całkiem pustym, ale za to nieco wywróconym do góry nogami Pokoju Wspólnym Gryfonów.- Nie sądzisz, że powinieneś już iść?
- W sumie to całkiem mi tu wygodnie.- położył sobie poduszkę pod głowę i udał, że zamierza dalej spać.
- Jak sobie chcesz.- ruszyła w kierunku swojego dormitorium.- Mam nadzieję, że jak będziesz wychodził przyłapie cię jakiś nauczyciel.
- Nie dziękuję Alder.- mruknął w odpowiedzi.- Ej a tak w sumie może umówimy się kiedyś?
- Nie dzięki Johnson.- i zniknęła na schodach. Na szczęście wszystkie współlokatorki spały, łudziła się, że nie zauważyły jej nieobecności i chciała cichaczem wejść pod swoją kołdrę i pospać jeszcze trochę.
- Alder!- okazało się, że Weasley już nie spała, tylko z rozbawieniem oglądała poczynania swojej przyjaciółki.- Jak się spało?
- Widziałaś?- zdziwiła się.
- Yhm...
- Jak mogłaś mnie tam zostawić? Z nim...
- Oj, jak wychodziłam już spaliście. Szkoda mi było was budzić, wyglądaliście jak dwa aniołki.- uśmiechnęła się psotnie.
- Ożesz ty!- Nico po raz drugi tego poranka rzuciła w kogoś poduszką, niestety podnosić głosu nie mogła z uwagi na resztę dziewczyn w dormitorium, które jeszcze spały.
- No co? Prawdę mówię.
- Nie masz może czegoś na kaca?- Alder postanowiła zignorować uwagi Victoire i skupić się na czymś ważniejszym.
- Czy wyglądam jakbym potrzebowała czegoś takiego?
- No nie...ale może poratujesz przyjaciółkę?
- Niestety nie dysponuję czymś takim, zawsze możesz skontaktować się z wujem Georgem, ale podejrzewam że zanim prześle do ciebie eliksir, samo ci przejdzie. Drugą opcją jest zagadanie do Johnsona. Lupin wczoraj, kiedy obserwowaliśmy jak pijecie, powiedział mi że dysponuje on całkiem niezłymi zapasami.
- W życiu! Już wolę się przemęczyć...W końcu jest dziś sobota, lekcji nie ma, mogę sobie przeleżeć cały dzień...
- Pamiętasz o dzisiejszym treningu quidditcha?
- Co?- przestraszyła się Nico.
- Żartuję.- roześmiała się kapitan.- Umówiłam się na spacer z Lupinem, ty możesz sobie tu leżeć, chociaż przypuszczam, że dobrym pomysłem byłoby zejść na śniadanie. Ale to dopiero za godzinę...
Idąc przez Wielką Salę na śniadanie, Nico co chwilę zauważała rozbawione spojrzenia rzucane w jej kierunku przez Gryfonów i Puchonów.
- Ranyy...co ja takiego wczoraj robiłam?- mruknęła do Vicki, gdy usiadły.
- Nie wiem czy chcesz wiedzieć.- roześmiała się przyjaciółka.
- Nigdy więcej nie tknę alkoholu.
- Taaa...zobaczymy...A tak w ogóle to nie wiedziałam, że podoba Ci się Johnson.
- Bo nie podoba.- odburknęła Alder kierując swój pełen niechęci wzrok ku stołowi Puchonów.
- No wiesz, wczoraj wyglądało na coś innego.
- Wiesz, chyba nie chcę wiedzieć.- zakończyła temat i zaczęła nakładać sobie jedzenie.



Chris wracając ze śniadania głowił się jak w ciekawy sposób spędzić popołudnie. Po zażyciu eliksiru na kaca produkcji Weasleyów był pełen życia w przeciwieństwie do Nico. W końcu postanowił namówić chłopaków na zrobienie jakiegoś kawału.
- To co o tym myślicie?
- No pomysł nie najgorszy.- pokiwał głową Teddy.- Jednak ja nie wezmę w tym udziału.
- Dlaczego?- zdziwił się Johnson.
- Bo jestem umówiony.- Lupin wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Jak to?
- A myślałem, że już wszystko z tobą w porządku. Umówiłem się z Weasley na spacer.
- Aaa.- wobec tego obrócił się do Danny'ego.- A ty? Wchodzisz w to?
- No jasne.- przybili piątkę.
Wymknęli się do Hogsmeade, żeby zebrać kilka brakujących składników do ich dowcipu, po czym zabrali się do roboty. Jako miejsce na przygotowania z oczywistych powodów wybrali łazienkę Jęczącej Marty. Na szczęście irytującej lokatorki akurat tam nie było.
- Teraz przydałby się Teddy.- mruknął Withers i transmutował znaleziony po drodze kamień w kociołek, który wyszedł nieco koślawo, ale wyglądał na szczelny. Po wrzuceniu wszystkich składników, wymieszaniu i rzuceniu kilku zaklęć uzyskali przezroczystą, lepką maź o niezbyt miłym zapachu.
- Tylko masz jakiś pomysł jak to rozprowadzić, żeby nas nie zobaczyli?
- Jasne.- uśmiechnął się pod nosem Chris.- Jednak te umiejętności transmutacji Teddy'ego są bardzo przydatne, ale poradzimy sobie bez niego. Rzucimy Zaklęcie Kameleona na kociołek, ty staniesz na czatach, a ja zaklęciem przeniosę całą tę maź na podłogę w hallu.
- Genialne.


Chwilę później...


- Auaaaa!- wrzasnęła Nico, gdy z hukiem wylądowała na podłodze. Właśnie wychodziła z Wielkiej Sali, gdy się poślizgnęła na czymś śliskim. Dopiero na podłodze poczuła, że była to jakaś śmierdząca maź. Niedaleko niej rozległ się głośny śmiech, spojrzała w tamtym kierunku.
- Pomógłbym ci, ale sama rozumiesz.- śmiał się siedzący na schodach Johnson.
- Obejdzie się.- mruknęła, po czym spróbowała wstać. Skończyło się to tym, że z powrotem wylądowała w tej dziwnej substancji.- To twoja sprawka?
- Jeśli mówisz o podłodze to tak, to mój genialny pomysł, bo jeśli chodzi o twój brak koordynacji ruchowej to z tym nie miałem nic wspólnego.
Miała ochotę mu przywalić i to całkiem nieźle, jednak niestety póki co miała problemy ze wstaniem. W tym momencie do Chrisa dołączył Daniel:
- Muszę przyznać, że całkiem nieźle to wyszło. Nic a nic nie widać i ofiara dopiero gdy się poślizgnie wpada na to, że coś jest nie tak i wygląda tak jak Alder. No i nikt nas nie przyłapał...
Ostatnie zdanie powiedział w złą godzinę, gdyż tą właśnie chwilę wybrał sobie Snape na wyjście z Wielkiej Sali i momentalnie wylądował na podłodze niedaleko Nico. Cała sytuacja wyglądała bardzo śmiesznie, gdy znienawidzony nauczyciel ze swoją stałą miną niezadowolonego ze świata wszedł do hallu i nagle poślizgnął się, zaczął machać rękami, żeby utrzymać równowagę, a w końcu zaplątał się w szaty i z głośnym hukiem runął na podłogę. Chłopcy i Nico z pewnością by się roześmieli na ten widok, jednak byli zbyt przerażeni nadchodzącym wybuchem nauczyciela.
- WITHERS, JOHNSON!- wydarł się Snape, kiedy już przestało mu łomotać w głowie. Alder z rozbawieniem zauważyła, że tamci wyglądali na całkiem przerażonych.- MINUS STO PUNKTÓW! I SZLABAN! Przez cały tydzień!- wtedy Nico nie wytrzymała i parsknęła śmiechem, niestety tym samym zwróciła uwagę wkurzonego nauczyciela na siebie.- CO SIĘ TAK SZCZERZYSZ ALDER? Zapewne ucieszy cię wiadomość, że będziesz towarzyszyć tym imbecylom na szlabanie.
Spojrzenie jakie dziewczyna rzuciła przyjaciołom Teddy'ego mogłoby z pewnością przestraszyć bazyliszka.

czwartek, 2 kwietnia 2015

11. Mecz

Cześć! Kilka dni temu coś mi zaświtało i z czystej ciekawości sprawdziłam kiedy założyłam oba moje blogi. Wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że dziś ten oto blog obchodzi swoje drugie urodziny :) I tak powstała urodzinowa notka. Jest to jeden z niewielu rozdziałów, które napisałam zarówno tu jak i na victoire-i-teddy, który przekroczył dwa tysiące słów, zatem jestem z niego dumna ^^ Miłego czytania, komentarze miło widziane :)



W mroźną sobotę, tydzień po powrocie uczniów z ferii świątecznych na boisku do quidditcha zmierzyć się miały dwie drużyny. Jedna w barwach czerwonych- Gryffindoru i druga w żółtych- Hufflepuffu. Był to dopiero drugi mecz Victoire w roli kapitana drużyny. Pierwszy był z Krukonami i jej drużynie udało się zwyciężyć, z czego była strasznie dumna. Tym razem zmierzyć się miała z drużyną Teda, co nie wiedzieć dlaczego nieco ją denerwowało. Nie mogła spać, więc wstała już wcześnie rano. Niestety za oknem szalała śnieżyca, zapowiadał się trudny mecz.
- Hej spokojnie, będzie dobrze.- Nico podczas śniadania zwróciła uwagę na zdenerwowanie przyjaciółki.- Ostatnio tak świetnie wyszło, to teraz ma tak nie być?
- Wiesz, mam takie dziwne przeczucie...- mruknęła Weasley.
- Zamieniasz się w Trelawney, czy co? Te całe przeczucia to bzdury, nie ma czym się przejmować.
- Niby zdaję sobie z tego sprawę, ale czuję taki wewnętrzny niepokój. Poza tym ta pogoda.
- Fakt warunki pogodowe niezbyt ciekawe, ale zobaczysz, że będzie dobrze.
Nieco później, już w drodze do szatni, gdy szła zatopiona w swoich myślach, wpadła na Teddy'ego:
- Cześć Weasley!- uśmiechnął się.- Co taka zamyślona? Dopracowujesz jakieś strategie na dzisiejszy mecz?
- Coś ty Lupin.- zaśmiała się.- Takie rzeczy to już dawno opracowane i wyćwiczone.
- Aaa okej, nie wnikam. To powodzenia.
- Wzajemnie.- i z uśmiechami na twarzach rozeszli się, każde do swojej szatni.
W szatni Gryfonów panowała radosna atmosfera, wszyscy cieszyli się zbliżającym meczem i możliwością pokazania swoich umiejętności, które doskonalili przez ostatni czas. Tak samo wyglądało w szatni Puchonów. Chris podśpiewywał jakieś dziwnie brzmiące piosenki o miotłach i zniczach, pałkarze omawiali jeszcze coś między sobą, a Danny'emu dopiero przypomniało się o tym, że powinien wypolerować swoją miotłę. W ich zespole była tylko jedna dziewczyna- Ally, młodsza siostra Chrisa. Grała na pozycji ścigającej i Teddy musiał przyznać, że naprawdę się sprawdzała na boisku. W końcu dostała się do drużyny dzięki talentowi, a nie namowom jej brata, który w zasadzie gdy usłyszał, że ma zamiar się zgłosić na przesłuchania to bezskutecznie namawiał Lupina, żeby znalazł jakiś powód przez który nie mogłaby grać. Próbował go nawet przekupić, jednakże na szczęście Teddy nie uległ jego namowom.
Tymczasem opiekun Puchonów z całą swoją rodziną, bo przecież wszyscy uwielbiają quidditcha, zajmował właśnie miejsce koło Severusa Snape'a, który z początku wyglądał na niezbyt zadowolonego z tego sąsiedztwa, jednak gdy zobaczył słodki uśmiech chrześniaka, od razu zmiękł. Na szczęście, dzięki pewnemu sprytnemu zaklęciu na trybunach nie było śniegu i nie czuć było porywistego wiatru, jednak przenikliwe zimno i tak zmusiło wszystkich do ubioru najcieplejszych ubrań jakie znaleźli.
- Komu kibicujesz Sev?- zagadnął Holmes.
- Wiesz to jest dla mnie wybór między mniejszym a większym złem, jednak z dwojga złego wolę te twoje niedorajdy od tamtej bandy tępych i napuszonych półgłówków. - mruknął tamten.
- No już nie mów tak.- Rafael poczuł potrzebę obrony Gryfonów, w końcu lubił i szanował wszystkich swoich uczniów.- Nie są tacy źli, jak ich przedstawiasz.
- Ja tam jestem dumna z Nicoline.- wtrąciła się Temida, która w Hogwarcie przyjaźniła się zarówno z Nathalie, jak i matką dziewczyny.- Szkoda, że Lizzy tego nie widzi, na pewno także byłaby z niej dumna. Thalia dobrze ją wychowała.
- Pff.- prychnął w odpowiedzi Snape.- Nie rozumiem czym się tak zachwycasz. Typowa Gryfonka.
- W razie jakbyś zapomniał to ja też byłam Gryfonką.- przypomniała mu żona jego przyjaciela.
- Staram się nie pamiętać z kim ten idiota się ożenił.- za to zarobił ciężkie spojrzenie ze strony Rafaela.- No co?
- Może nie nazywałbyś mnie idiotą przy moich dzieciach?
- Mam nadzieję, że Dean trafi do mojego domu.- zmienił temat nauczyciel eliksirów.
- Pamiętasz Elizabeth, prawda?- nie chcąc komentować wypowiedzi Severusa, Ida powróciła do poprzedniego tematu.
- Z tego co sobie mgliście przypominam, to też była Gryfonką, więc w chmarze tych wszystkich yyy...uczniów ciężko zapamiętać wszystkich.- Snape zrobił dziwną minę, jednak natychmiast się zreflektował i wrócił do swojej stałej miny wiecznie obrażonego na cały świat.
- Ona i Nathalie były moimi najlepszymi przyjaciółkami.
- Wiesz chcąc być szczerym powiem ci, że ciebie też nie bardzo pamiętam z tamtych czasów. Na szczęście zresztą.
- Mec się zacyna!- ich rozmowę przerwał skupiony na boisku Dean, który z powodu braku części zębów nieco seplenił. Wszyscy skierowali więc swoją uwagę na rozpoczynającej mecz profesor Hooch. I po chwili wszyscy wystartowali. Warunki były naprawdę kiepskie, ledwo co było widać graczy. Jednak niczym niestrudzony Mike Jordan z zapałem komentował:
- Iii...ruszyli! Kafla natychmiast przechwyciła Alyssa Johnson i już mknie z nim do pętli. Swoją drogą dziewczyna naprawdę ma przechlapane- w drużynie z samymi chłopakami, ale z tego co widać świetnie sobie radzi. Ooo, podanie do Withersa...Ten podaje do Summersa...Oj coś nie wyszło, kafel przechwyciła niezwykle sprytna Nicoline Alder. Brawo! Pierwsze punkty dla Gryfonów...Kafel znowu w posiadaniu Gryfonów, Carter leci w stronę Peake'a, a nie jednak podaje do Alder...Ałaaa! To musiało boleć, Hiphworth niezła akcja, ale nie żal ci dziewczyny? Alder jednak trzyma się na miotle, niestety straciła kafla, który przejął Summers, punkty dla Puchonów...Tymczasem szukający- Weasley i Lupin kołują nad boiskiem, ale chyba jeszcze nie widać znicza. Zresztą co się dziwić, warunki naprawdę fatalne, a widoczność jeszcze gorsza...Nie chciałbym być na ich miejscu...
Miał rację. Victoire nie widziała gdzie leci, więc jak w takich okolicznościach miała wypatrzyć znicza? Ponadto było strasznie zimno, mimo tego, że była w ruchu, cała się trzęsła. Dodatkowo wiał tak silny wiatr, że ledwo utrzymywała się na miotle. Z ulgą zauważyła, że Nico mimo silnego ciosu tłuczkiem dała radę utrzymać równowagę, chociaż ramię musiało ją naprawdę boleć, może nawet miała złamaną rękę. Drużyny szły łeb w łeb. Raz jedna zdobywała punkty, a raz druga. Wyglądało na to, że wszystko będzie zależeć od tego kto złapie znicza. W myślach powtarzała sobie nauki wujka Charliego, że ma zachować spokój. Na pewno siedział gdzieś na trybunach i kibicował jej. Nagle kątem oka w całej tej zamieci dostrzegła złoty błysk.
- No to czas wziąć się do roboty.- mruknęła pod nosem i ruszyła w pościg. Teddy też musiał to zauważyć, bo już chwilę później mknął obok niej. Prawie nic nie widziała, jednak leciała dalej, coraz szybciej i szybciej, musiała wyprzedzić Lupina. Już, już złota kula była blisko, jednak odleciała jeszcze dalej. Teddy cały czas leciał blisko. Lecieli za zniczem coraz wyżej, wiatr był coraz silniejszy i było coraz zimniej jednak nie zważali na to, każde z nich chciało wygrać ten mecz. Coraz trudniej było im się utrzymać równowagę, a także tor lotu. W końcu jednak latająca piłeczka znalazła się blisko, już na wyciągnięcie ręki. Victoire pokonała ostatni dystans, Teddy był tuż za nią, wyciągnęła rękę i jest! Udało jej się ją chwycić, czuła trzepoczące skrzydełka w ręce i w tym momencie nagle wszystko się zakręciło i poczuła, że siła wiatru spycha ją z miotły. Nie mogła nic na to poradzić, wszystko działo się tak szybko, poczuła że spada. Nie miała siły walczyć z szalejącym żywiołem, który szarpał ją na wszystkie strony, jednakże bezsprzecznie ziemia była coraz bliżej, nie mogło to się dobrze skończyć. Zamknęła oczy. Nagle poczuła, że wpadła na coś. Nie mogła to być jednak ziemia, to byłoby zbyt szybko, ponadto poczuła silny ból w nodze, a także że ktoś ją mocno trzyma za rękę, aż otworzyła oczy ze zdziwienia. Okazało się, że Teddy'emu udało się złapać ją, a bolało ją bo zahaczyła nogą o miotłę. Udało jej się wdrapać na jego miotłę i już po chwili wylądowali bezpiecznie na ziemi. Z tego strachu, adrenaliny, ulgi i tych wszystkich emocji, które czuła rzuciła się Teddy'emu na szyję, a ten zupełnie odruchowo objął ją i przytulił. Usłyszeli brawa dochodzące z trybun i zaraz potem dopadły ich profesor Hooch i pani Pomfrey, dopytując Victoire jak się czuje i czy nic jej nie jest.
- Niee.- odparła z lekkim uśmiechem.- Trochę się trzęsę, ale to chyba z zimna i tej całej adrenaliny.
Pani Pomfrey pogrzebała chwilę w swojej torbie, którą zawsze nosiła na mecze.Było to coś jak pierwsza pomoc. W końcu wyjęła z niej fiolkę z eliksirem:
- Proszę wypić panno Weasley, to na wzmocnienie, poczuje się pani lepiej.
- Dziękuję.- dziewczyna podniosła rękę po napój i w tym momencie zauważyła, że nadal trzyma w niej znicza, zauważyła to także nauczycielka quidditcha.
- A zatem wygrali Gryfoni.- rzekła i już wyciągnęła różdżkę, żeby magicznie wzmocnić sobie głos i ogłosić wszystkim ostatecznie wynik, jednak Victoire ją wstrzymała:
- Myślę, że jest remis. W końcu może i ja złapałam znicz, ale potem Teddy złapał i mnie, i znicza, prawda? Coś mu się za to należy.- mrugnęła do zszokowanego kapitana Puchonów.
- No dobrze.- uśmiechnęła się szeroko Hooch, podobało jej się zachowanie obojga zawodników.- Uwaga! Po raz pierwszy chyba w tym stuleciu ogłaszam remis! A także po plus dwadzieścia punktów dla Gryffindoru i Hufflepuffu za niezwykłą postawę kapitanów obu drużyn. Tak właśnie powinni zachowywać się zawodnicy, możecie brać z nich przykład. Gratuluję.- ogłosiła wszystkim.
Obaj kapitanowie spojrzeli na siebie teraz już zupełnie zdziwieni, Lupin dopiero teraz zauważył, że ciągle obejmuje dziewczynę ramieniem i odsunął się nieco onieśmielony.
- Gratulacje.- nie wiedział co powiedzieć i w końcu rzekł to, co pierwsze przyszło mu do głowy.
- Wzajemnie.- uśmiechnęła się do niego.
- Wiesz co? Wsumie skoro jest remis, to może powinniśmy razem go świętować? W końcu skoro to pierwszy taki wynik w tym stuleciu, to jest co świętować.- zaproponował.
- Myślę, że to świetny pomysł.- ucieszyła się.- Zapraszamy więc do Pokoju Wspólnego Gryfonów, ostatecznie uratowałeś mi dziś życie.
- Coś ty, nauczyciele na pewno nie pozwoliliby ci tak spaść.
- No i co z tego?- pokręciła głową.- Uratowałeś mnie i tyle. Wpadajcie o dwudziestej, oczywiście wszyscy Puchoni mogą przyjść. Ktoś z Gryfonów będzie stał o tej godzinie przed Pokojem i was wpuści.
- Cooo? Szykuje się impreza?- nagle koło nich znalazł się uśmiechnięty od ucha do ucha Chris.- No, no, niezły numer zrobiliście. Ale mniejsza z tym, co za impreza gołąbki?
- Wspólna.- roześmiała się Weasley.- Gryfoni zapraszają Puchonów na świętowanie naszego wspólnego zwycięstwa.
- Jestem jak najbardziej za!- dołączyła do nich siostra Johnsona.- Trzeba jakoś to uczcić.
- Może ktoś by się zainteresował jak Vicki się czuje?- mruknęła podirytowana niezainteresowaniem stanem zdrowia jej przyjaciółki Nico.
- Czuję się dobrze, nie martw się.- eliksir zaczynał działać i Gryfonka coraz bardziej się uspokajała, chociaż miała jakiś dziwnie świetny nastrój.- Ale czas iść się przebrać. To co, dwudziesta?
- Tak, tak, jasne.- odparł jej Chris z zapałem, po czym odszedł zastanawiając się na głos jak najszybciej skołować jakieś procenty na wieczór.



O północy to całe ich wspólne świętowanie było już na takim poziomie, że młodsze roczniki poszły spać, a starsze dopiero zaczynały zabawę na całego. Po pewnej dawce Ognistej Chris i Nico o dziwo znaleźli ze sobą wspólny język, chociaż zdaniem Victoire mogliby się aż tak do siebie nie kleić. Tymczasem Alyssa, swoją drogą bardzo podobna do brata, tak samo zielonooka i posiadająca bujne, rude loki, nie ustępowała mu nawet w poczuciu humoru. Przez połowę wieczoru prześcigali się w żartach, a gdy on znalazł sobie inne „zajęcie”, to ona zabawiała całe towarzystwo.
- Fajnych masz przyjaciół.- Weasley zwróciła się do siedzącego obok Lupina.- Oj, chyba się z nimi nie nudzisz.
- Szczerze mówiąc nie ma takiej opcji.- chłopak pokręcił głową patrząc tym razem w stronę Daniela, który siedział nieopodal otoczony wianuszkiem dziewczyn.- Nawet jak chcę trochę pobyć sam, w spokoju to z nimi jest to niemożliwe.
- Wobec tego w czasie świąt, będąc w Norze musiałeś się bardzo nudzić...
- Nie.- uśmiechnął się.- Fajnie mi się spędzało z tobą czas.
- Mi też.- ucieszyła się na to co powiedział.
- W sumie to chętnie spędzałbym częściej.- spojrzał na nią poważnie.
- To zupełnie jak ja.- nagle wstała, chwyciła jego rękę i pociągnęła go.- Chodź zatańczyć.
Na tak zdecydowaną postawę dziewczyny Lupin nie mógł zrobić nic innego, jak iść z nią na prowizoryczny, transmutowany z kanapy parkiet, na którym tańczyło kilka par. Był z tego powodu niezbyt szczęśliwy bo po matce odziedziczył kiepską koordynację ruchową, z czym zwykle sobie radził, jednak w tańcu to wychodziło na wierzch.
- Naprawdę dzięki dziś za tą akcję.- zaczęła Victoire, gdy już tańczyli.
- Nie przesadzaj Weasley.- odparł wykonując niezdarny obrót.- Nic by ci się nie stało, nauczyciele jakoś by się uratowali.
- Ale tobie się to udało i za to dziękuję, nie bądź takim matołem i przyjmij podziękowania.
- No okej, okej. Nie będę się sprzeczał, ale też muszę ci podziękować za zrezygnowanie z wygranej.
- Przecież wygrałam. Ty też i o to mi chodziło. Poza tym zauważ, że dodatkowo dostaliśmy po dwadzieścia punktów dodatnich!
- To się cieszę.- Teddy patrzył na stopy. Czuł się głupio, dziewczyna doskonale tańczyła.
- Nie lubisz tańczyć prawda?
- Niezbyt.

- Daj spokój, to nic trudnego.- i zabrała się za tłumaczenie mu powoli co i jak. Lupin musiał przyznać, że chyba po raz pierwszy taniec przyniósł mu radość.